„Gdzieś tam są osoby, które są nie do objechania w naszych realiach ultra. I wiadomo kto dojdzie, a kto nie dojdzie. No ale i tak uciekam. Trzeba dać z siebie wszystko, a może się uda.”

Bartek, kiedy i w jakich okolicznościach zrodziła się w Tobie pasja do jazdy długich dystansów? Mam tutaj na myśli, coś więcej niż 300-400 kilometrów.
Wiesz co, tak na początku zaczęło się to od Mazowii. Były jeszcze Mazowia 24, to był gdzieś tam mój pierwszy, chyba z 12 lat temu start w takich zawodach. Tam przejechałem wtedy 250 kilometrów, ale to nic wiążącego nie było. Później złapałem tu niedaleko koło Łomży inne zawody, też był to start 24-godzinny. Właśnie te zawody 24-godzinne mnie zafascynowały, bo jest ten support, łatwiej jest kiedy możesz mieć to wsparcie. I gdzieś tam z tyłu mam głowy, że w razie czego to mam wsparcie, na wypadek defektu, braku jedzenia, no lepiej jest to wszystko połączyć. I ta formuła do mnie przemawiała, no i jeździłem.
Raz w roku raz pojechałem, drugiego roku kolejny raz pojechałem. Gdzieś tam miałem chwilę przerwy. No i dopiero w tym roku 2024, to jest tak naprawdę pełny sezon, co miesiąc start w Ultra. To już takie ponad 400 do 600 kilometrów miałem. Ale to tak się narodziło 3 lata temu, bo tak to od 16 lat ciągle wyścigi MTB i szosa, to trwało cały czas.
Czyli od dłuższego czasu żyjesz rowerem. A czy pamiętasz coś z jazdy tej pierwszej, tych 250 km, jakieś takie refleksje swoje, przemyślenia? Co było tym bakcylem u Ciebie do zwiększania ilości zawodów, w których startowałeś ?
Kurczę, chyba uwielbiam nabijać kilometry. To trwa nieprzerwanie od właśnie tych paru lat, może czterech, pięciu, co sezon powiększałem kilometraż.
15, 17 tyś km, a mówię w tym roku zrobię 20. No i w tamtym 2023 roku zrobiłem faktycznie około 20 tyś. km, a przynajmniej przekroczyłem 20, a w tym sezonie mam już 23 tyś. km i dalej kręcę. Czy to jest trenażer, czy to jest na zewnątrz, to bez różnicy. To są trzy godziny, najczęściej powyżej dwóch i pół. No na trenażerze ciężko wytrzymać nawet 2,5, ale mimo to w ostatnim tygodniu już mam 20 godzin nakręcone na nim. Ale to chyba nakręcanie tych kilometrów, gdzieś tam coraz więcej, coraz więcej, coraz więcej. No i kurczę, jak już tą bazę mamy, to człowiek jeszcze chce i jeszcze chce. Ja tak mam, jestem ciągle głodny tych kilometrów. Nieważne jakie one to byłyby, czy szosowe, gravelowe, czy w MTB, no jakieś tam minimum mam, które chciałbym zrobić aby wyjść na rower. Bo jak mi ktoś powie, że wiem, że to może głupio zabrzmieć, ale jedziemy na 30 kilometrów, to mówię spoko, pojadę, ale ja jeszcze dokręcę sobie.
Jak traktujesz starty w zawodach ? Czy sam start w zawodach gravelowych traktujesz też jako dodatkową formę rywalizacji, sportu, kontynuowania, nabijania tych kilometrów, bo to że nie jest to romantyczne kolarstwo to już wiem ? Czym są te starty same w sobie?
Ciężkie pytanie.
To chyba jest po prostu jakaś naleciałość tych wszystkich lat, które zgromadziłem, jednak ta adrenalina i Ci ludzie. Ostatnio na moim instagramie nawet się zapytałem, – Dlaczego jeździmy w ogóle ultra? Czy to ma sens tyle pieniędzy płacić itd.?
No bo dla zwykłego Kowalskiego, gdzie na przykład firmy nie sponsorują tych startów, to jest to ogromny koszt. Mi gdzieś tam dokładają do tego. Dziękuję moim sponsorem, bo naprawdę, jak to przeliczyłem, to są ogromne wydatki.
Wracając do pytania. To są naleciałości już z wielu lat, że potrzebuję tego. To jest taki zastrzyk adrenaliny, co roku czekam na wiosnę i na ten pierwszy start, aby sprawdzić się, czy jestem w tej samej formie, lepszej, gorszej. No i ciągle się poprawiam. To jest po prostu taki mechanizm co roku, co roku i to sądzę, że nie minie, mam nadzieję. Chociaż wiem, że domownicy by chcieli, żeby to troszeczkę zwolniło tempo tych moich jazd. Może kiedyś to nastąpi.
Odpowiedziałeś mi przy okazji na kolejne pytania odnośnie celu i wyzwań jakie sobie stawiasz.
To co mówisz właśnie, sprawdzasz się i porównujesz z wcześniejszymi wynikami, ale adrenalina tych spotkań i zawodów to jest to.
Czy przygotowujesz się i masz zaplanowane na przyszły rok już zawody ? Czy jest to wybór spontaniczny ? Jak rozkładasz sobie w ciągu roku liczbę startów i które zawody wybierasz ?
Tak jak powiedziałeś w tym roku już 2024, full sezon.
Ja sobie tak założyłem, że jak na przykład startuję w tym roku od Watahy, to tak średnio, co miesiąc startowałem. Aby jednak ten organizm mógł troszeczkę wypocząć. Co miesiąc, ale różne jeszcze aspekty były. Nieraz start był co drugi tydzień, później za półtora miesiąca jakoś wypadało. Ale nie biorę pod uwagę powiedzmy tych górzystych terenów ze względu na to, że ja góralem nie jestem i nie będę, więc tam bym się czuł mega źle. Chodzi o kondycję, musiałbym zrzucić jeszcze wiele, wiele kilogramów, żeby móc powalczyć. Ale z drugiej strony ze względów bezpieczeństwa, bo wiem, że te ultra w górach są o wiele niebezpieczniejsze ze względu na zjazdy i inne elementy. Wolałbym tego uniknąć. Z tyłu głowy mam, że jednak jestem tatą dwójki dzieci i mężem, więc wolałbym ograniczyć niebezpieczeństwa w trakcie jazdy.
Ale jeżeli chodzi o inne starty, no to szczerze mówiąc nie mam jakichś takich konkretnych wyborów, czy to są te zawody, czy tamte. Po prostu patrzę, gdzie mam najbliżej do domu. Bo te dojazdy też jakoś muszą być tak w miarę okej, być blisko a nie po drugiej stronie Polski. No i zależy jak organizator do tego podchodzi.
W kolejnym roku wiem gdzie bym chciał pojechać i wiem gdzie bym nie chciał pojechać. Więc to też zależy dużo od organizatora jak później po imprezie do ciebie się zwraca, jaka jest atmosfera, jaki klimat.
Powiedz czy wyobrażasz sobie sezon, w którym przejeżdżasz 25 tyś. km i nie wystartujesz w żadnych zawodach?
Nie wiem, nie wiem … Hmm. Może tak, ale musiałbym sobie wtedy postawić jakieś inne wyzwania. Takie konkretne, że na przykład jadę gdzieś i to też jest w jakichś tak ramach czasowych. Tak jak na przykład Marek Rupiński do Lizbony jechał tam w niecałe 10 dni, chyba nawet mniej. (Pokonał ponad 3 000 km na trasie Szczecin Lizbona w ponad osiem dni, dotarł do celu w środę o 02:22)
Takie wyzwania to okej, jakiś support do tego, to coś takiego by mnie kręciło. Ale musiałbym mieć wyzwania, jakieś dwa, trzy powiedzmy w roku, ale już takie grubsze.
Czyli coś do czego byś się mimo wszystko przygotowywał tą aktywnością, tą swoją jazdą.
Tak, bo sama jazda mnie nie cieszy, ale dążenie do jakiegoś celu. Ja muszę mieć ten cel. Żeby mieć taką ideę samej jazdy, to nie, ja muszę mieć cel wyznaczony i dążyć do niego. Nawet jakbym, nie wiem, był ostatni, ale dążyłem do tego celu, żeby nawet przejechać Wisłę 1200, to tak. (Rowerowy Maraton z Wisły do Gdańska o długości ok. 1200 km) Spoko, przejechałem, ale miałem ten cel. To mnie motywuje dwa razy bardziej do jakiejś tam pracy, bo tak to, żeby tak jeździć, bo jeździć, no tak średnio.
Czyli romantyczne kolarstwo raczej odpada ?
No może bardzo bym chciał nieraz odpuścić, bo mam takie momenty w sezonie, że już mam dosyć tych kilometrów. Nawet na zawodach dzwonię do żony i mówię -„słuchaj, ja mam dość, ja rzucam ten rower, wracam do domu już teraz…” Żona w środku nocy – „przestań, jedź” i gada ze mną 20 minut, na słuchawce i mnie motywuje. I dzwoni do mnie co pół godziny – „jak tam, jak tam, dajesz radę” i ogląda moje kropki przez internet, gdzie jestem. Ma ze mną ciężkie momenty, ale wie, że to jest dla mnie też ważne. To samo przygotowanie. Ale romantyczne kolarstwo, to są tylko takie momenty, że chciałbym tak pojechać, wiesz, na kawkę.
No okej, oczywiście są takie momenty, że jadę, na pączka albo na kawę. Ale na drugi dzień już, jest pomiar mocy i tak dalej, no i łoimy typowo trening. Gdzieś patrzymy na te cyfry. Ale w tamtym roku sprzedałem pomiar. Przyznaję się, mówię -„nie jeżdżę już, koniec tych cyferek”, ale w tym roku znowu kupiłem. Niestety lubię te cyferki, muszę mieć tą kontrolę jak jadę i tak dalej, więc, nie mogę na to nic poradzić. Wiesz, to przez wyścigi, które już były. Jestem przeżarty tymi wyścigami przez te MTB i maratony, to zostaje w człowieku. To naprawdę zostaje, już wpadłeś w takie towarzystwo ścigarskie, to trudno z tego wyjść. Trudno. Ja przejeżdżam wyścig w powiedzmy w 19-20 godzin, super masz formę itd. Ale ja podziwiam tych ludzi, którzy jadą około 50-60 godzin te same zawody co ja.
Ja mówię, jak to jest możliwe? Jadą te 2-3 dni, nawet gdzieś nocują czy coś. To jest wyzwanie. A nie jechanie w umór do zażynania się.
A oni Ciebie podziwiają.
Tak, a ja ich podziwiam.
Super sprawa, fajne jest to, co mówisz, że podziwiasz ich. Widać, że masz duży szacunek do wszystkich uczestników, którzy startują w tych samych zawodach.
Z tego co mówisz masz ogromne wsparcie w żonie i dzieciach, prawda? Bardzo Cię wspierają i kibicują niesamowicie.
Tak, wsparcie mam niesamowite od tylu lat. Fakt, no są dobre momenty, no i są te złe. Nie mówię, że jest kolorowo, bo to tak nigdy nie jest.
Pewnie gdzieś tam przekomarzamy się, kłócimy o te moje treningi i tak dalej, bo doskonale wiem, że jeżdżę za dużo. Nie ukrywajmy tego, bo jeżdżę. Już mam obecnie ponad 23 tysiące km.
Powiedzmy 3 godziny dziennie na rowerze, gdzieś tam po pracy i tak dalej. To jest, powiedzmy, dla zwykłego Kowalskiego coś niesamowitego. Gdzie 3 godziny na trenażerze. Wiadomo, że niektórzy mogą kręcić nawet więcej.
Ale jak masz 8 godzin pracy, później jeszcze 3 godziny na trenerzer i jeszcze coś, jeszcze coś, no to krótki jest ten dzień. Żona gdzieś tam mnie rozumie, no ale ja niestety przesadzam w tą drugą stronę. Wpadłem w jakąś spiralę taką, że muszę kręcić. Chciałbym się z tego trochę wydostać, żeby troszeczkę jakby zluzować. Mam nadzieję, że z tego wyjdę, ale ciągnie mnie do tego, próbuje mnie żonka, wiesz, ustawić. Chwała za to, no bo pewnie bym, jeździł, jeździł po pracy ciągle. Ale tak, no muszę się trochę wstrzymywać, jak chodzi o to.
Ale wsparcie mam niesamowite. Jak chodzi o cały rok, to tutaj skłamałbym. To jest chyba jedna z najważniejszych rzeczy, które mam. To wsparcie. Jakbym tego nie miał, ich wsparcia, to nie miałoby sensu jeżdżenie dla mnie. Bo wiem, że oni mi kibicują, nawet jak nie jadą ze mną na zawody. Dla nich jest w sumie nuda. Czyli gdzieś tam, zabierania ich i czekania na mnie, czasami nawet 24 godziny. I w sumie zdechłego człowieka później takiego, umarlaka słyszeć. Ale dzwonią, później gratulują i tak dalej.
To jest fajne. Ale bez nich by tego nie było. Również jeżeli chodzi o wsparcie mnie przez jakichś sponsorów. Jakby rodzina mnie nie wspierała, to bym tego nie robił pewnie.
Dziękuje, że podzieliłeś się swoim prywatnym życiem. Opowiedz o swoich treningach? Czy one są według planu? Czy masz trenera? Czy masz swój sprawdzony już sposób trenowania, wyćwiczony przez ileś tam lat? Powiedziałeś, że lubisz też cyferki. Czy uzupełniasz swój trening o siłownię? Czy to jest tylko kwestia jazdy, jazdy, jazdy? To co powiedziałeś wcześniej z pomiarem mocy i pewnie jeszcze z innymi danymi, które zbierasz i analizujesz ?
Wiesz co, w tamtym roku miałem trenera. Tak, bardziej było to przemyślane. I fakt, szło niesamowicie do przodu.
Nie można powiedzieć, że nie. No ale gdzieś w połowie sezonu miałem kryzys, totalnie kryzys. I nie chciałem w ogóle roweru. Totalnie. I chyba pierwszy raz tak miałem, że po prostu odrzucało mnie od roweru. I odrzuciłem tą współpracę trenerską. To po prostu mi gdzieś nie weszło. Musiałem odpocząć po prostu psychicznie, bo za dużo było tych cyfer. Bo wyjeżdżałeś na godzinę, musiałeś zrobić to, to i to. No i ograniczyłem spotkania rowerowe. No bo jednak trening, trening. Ale liczby jeszcze rosły i na zawodach to ja byłem nie do zatrzymania. Nawet jak jechałem, gdzieś tam w Małopolskę, no to noga szła sama. Nawet w drugi dzień gdzieś tam jechałem 150 kilometrów, to noga szła po tych górkach, aż się dziwiłem. Pomaga jak najbardziej, tylko trzeba to jakoś tam sobie wypoziomować jak chodzi o trenera.
Obecnie sam sobie to jakoś układam. Nie jest to jakoś mega sprecyzowany plan. Obecnie teraz jakąś bazę robię, większą. Na ten pierwszy sezon przygotowawczy. A kiedyś robiłem treningi ze Zwifta. Każdy się może śmiać, czy nie śmiać, ale słuchaj, były takie treningi na 200 kilometrów. I przerobiłem te 8 tygodni według Zwifta. Słuchaj, niesamowicie. Rezultaty były niesamowite. Jechałem swój trening szosowy.
Później wpadało 100 kilometrów i później wpadałem na ustawkę kolejne 80 kilometrów. I tą ustawkę wygrywałem. I na spokojnie to można ogarnąć.
I teraz właśnie tak do końca stycznia będę pewnie jakąś bazę robił. I właśnie jakiś plan ze Zwifta 8 tygodniowy lub 12 tygodniowy wpadnie taki mocniejszy, żeby jakieś szarpania wypracować bardziej.
A czy pilnujesz swojego ogólnego rozwoju fizycznego typu basen czy siłownia? Czy tego nie masz w planach?
Basen chciałbym, może jakbym się nauczył pływać to chętnie. Jakbym nauczył się pływać to nie wiem, czy bym w triathlon nie wszedł. To już by w ogóle mnie żona wyrzuciła z domu. Na siłownię, nie. Niestety nie mam czasu.
Jakbym doszła siłownia, basen, cokolwiek, to mnie w ogóle totalnie w domu by nie było. Totalnie. Już jak mam zająć się rowerem, zajmuję się tylko tym rowerem.
Jak chodzi o jakąś regeneracje, to sobie kupiłem ostatnio nogawki masujące na nogi. Super sprawa. To tylko tyle. Rower, rower, naprawdę przez okres zimowy na tym trenażerze można zrobić swoje.
Ja się niestety nie rozciągam, wiem, że to powinno być. Jestem pod tym względem nygusem, nie chce mi się. Tylko rower i trenażer jak nie pozwala pogoda w zimę.
Czy pamiętasz jakieś wydarzenie lub sytuację, z ostatniego sezonu albo z wcześniejszych zawodów, które zostawiły w Tobie większy ślad ? Czy to pozytywny, czy negatywny? Nie chodzi mi o organizację zawodów, tylko o samego ciebie, o jazdę, o poradzenie sobie z przeciwnościami, z pogodą, jakieś takie wyzwanie, które zaskoczyło Cię w trakcie jazdy ?
To w tym sezonie chyba miałem załamanie, podczas tych tak zwanych mistrzostw gravelowych ultra.
To tu chyba miałem takie piętno, gdzie jakby nie żona, to bym nie dojechał do mety. 180 kilometrów przed metą, przed Suwałkami, czy w Suwałkach, już nie pamiętam dokładnie, złapała mnie potężna burza. Ja niestety zapomniałem przeciw deszczówki z pokoju. Było ciepło wtedy, ale zrobiło się z 5 stopni nagle. Ja jechałem tylko w koszulce, w jakiejś tam lekkiej pelerynce takiej bezrękawniku, rękawki założyłem. Ale przemokłem momentalnie.
Tak przemarzłem, jakby nie deszcz, to po prostu łzy byłoby widać. Płakałem z bólu, z wyziębienia i tak dalej. Wtedy mnie Michał Bors wyprzedził i to jemu dziękuję, bo dzwonił sam do swojej żony, bo była na mecie, żeby mnie tam obserwowali, czy ta moja kropka się rusza, bo już byłem w takim złym stanie. Żeby zareagowali i żeby mnie obserwowali. Kurczę, chyba ze 30 kilometrów jechałem w takim deszczu totalnym. I ktoś mnie wyprzedził, nie wiem czy to był ktoś z innego dystansu czy z mojego i zapytałem się, czy ma kurtkę przeciwdeszczową, zapasową. I akurat miał.
Poratował mnie niesamowicie.
A jeszcze parę kilometrów wcześniej jakiś ogień widzę. I mówię, „co tu się dzieje ?” Musieliśmy przejść przez most i ludzie rozpalili sobie ognisko. To rzuciłem rower, do tego ogniska podbiegłem. Ludzie mówią, „dobra, to damy ci to wszystko, zostań już tutaj” Mówię, nie, ja ogrzeję się tylko na chwilę i jadę. Chyba spędziłem tam kolejne 15 minut ogrzewając się.
No i właśnie później ten kolarz dał mi tą kurtkę. Troszeczkę mi polepszyło się, ale to później, bo ciągle byłem na telefonie z żoną. Dzwoniła do mnie co pół godziny na 10 minut, żeby mnie wspierać, bo już byłem tak psychicznie zdołowany. Tak naprawdę jakby był wtedy jakiś skrót do bazy, to bym skrócił. Ale ona powiedziała, że jak teraz zrezygnuje, to będę żałował do końca życia. I miałabym pewnie rację. Bym sobie pluł w twarz, że nie dokończyłem tego. A nie lubię rezygnować. Nawet jak bardzo boli.
I ta kurtka uratowała cię?
Tak, jak najbardziej. Bo później za 40 kilometrów był postój, bufet. To szybko zjadłem, rozgrzałem się też. Ale ta kurtka była mega pomocna. Jakbym miał swoją, no to do tego by nie doszło. No ale to zapominalstwo, niedbałość, brak może – nie wiedzy tylko doświadczenia jeszcze w ultra, to zgubiło mnie. Zgubiło.
Tutaj więcej pokory trzeba mieć od samego początku.
Tak jak na przykład jeździ Radek Gołębiewski. On nie zaczyna mocno.
Niektórzy mówią, że przyspiesza w drugiej części. On nie przyspiesza, on po prostu jedzie w swoim tempie cały czas. Od samego początku jedzie tak samo, równo.
A my się zażynamy, przez pierwsze 250, 300 km i później nas dogania. Proste. Też bym tak chciał, mądrze, może kiedyś to nastąpi.
Tak, to taka jedna z najbardziej znanych zasad. Jedź swoim tempem równo, a cały czas.
Czy zdarzyło ci się chociaż raz nie dojechać do mety zawodów ?
Zawsze dojeżdżałem. Zawsze dojeżdżałem i mogę ci taką historię opowiedzieć.
Na Mazowieckim Gravelu straciłem tylną przerzutkę. Miałem, tylko linka mi pękła tylnej przerzutki.
I myślę co mam zrobić ? Kamień wsadziłem, a najpierw patyk. Ustawiłem sobie jakąś przerzutkę, wsadziłem w niego patyk i jadę. Ale było to mało stabilne i w ogóle, tam na tych szutrach. Ale włożyłem kamień i tak jechałem razem z dwójką chłopaków. No niesamowicie gonili. Na asfalcie dojeżdżaliśmy do 40, do 45 km na godzinę. Ja to miałem taką kadencję, jak cały rok bym nie miał. Tam chyba miałem 110, 115.
Mówię do nich – „zwolnijcie trochę”. Mówią -„nie, jedziemy dalej, dobrze jest”.
A na szutrach, to dobrze mi się kręciło. W cięższym terenie, no to przełaj robiłem. Ja szybko przez piachy, szybko ramę przez barki i biegłem za nimi. No ale dojechałem trzeci. I tak jechałem 180 kilometrów na jednym biegu. Tylko z przodu zmieniałem. I mówię -„albo się zajadę, albo dojadę z nimi”. Bo nie chciałem odpuścić. Myślę, będę żałował. Trudno, najwyżej odpadnę, ale walczyłem.
Ale później uznaliśmy, że wjeżdżamy razem na metę, bo też miałem tam chwilę słabości. No równo jechaliśmy tak naprawdę cały czas. Uznaliśmy, że nam się należy w dwójkę wpaść na metę, na tym trzecim miejscu.
Tak fair przez cały czas walczyliśmy.
Niesamowita historia. I nie sposób w takim razie, teraz nie zapytać.
Jadąc w tak trudnych warunkach, tak długi dystans, pokonując różne przeciwności – jak ważne jest przygotowanie mentalne głowy w porównaniu z przygotowaniem fizycznym ?
Sądzę, że tu głowa w 70% bardziej przeważa niż samo przygotowanie fizyczne. Tak mi się wydaje. Nawet jak będziesz miał załamanie, gdzieś tam słabszy dzień, fizycznie, ale mentalnie jadę. To sądzę, że głowa bardziej będzie sterowała Twoim ciałem. Przez ten sezon dowiedziałem się, że mentalnie jestem słabszy, jak chodzi o te dystanse. Gdzieś tam potrzebuję towarzysza do jazdy.
Gdzieś ta samotność mi doskwiera itd. Ale jak jedziesz po pierwszą trójkę, to nie będziesz miał za bardzo z kim pogadać. Gdzieś tam w nocy to bardziej doskwiera. Jedziesz sam, coś tam sobie wyobrażasz, dużo myślisz itd. Jak jesteś mocny mentalnie, to nadajesz się na ultra.
Jak nie masz mocnej głowy, no to do ultra słabo.
A masz jakieś swoje sposoby na radzenie sobie z samotną jazdą tak długo ?
Najczęściej coś słodkiego, ale takiego, co potem pobudza tak pozytywnie. Wiem, że inne osoby mają takie sposoby, że sobie stają na 5-10 minut.
Masz coś swojego poza telefonem do żony ? Co ci pomaga dalej kręcić i pokonać te najgorsze momenty ?
To tak jak wspomniałeś, dzwonię do żony. Jak już mnie obserwuje, to sama już dzwoni do mnie. Jak ja raz zadzwonię, to ona już nie śpi w nocy, bo wie, że coś tam się dzieje. I muzyka. Muzyka, bo to mnie nakręca i wtedy jakoś tak lecą te kilometry szybciej. To są te dwie rzeczy, które muszę mieć.
Przypomnij sobie start podczas pierwszego swojego Ultra i ostatni. Co widzisz ? Gdzie jest różnica? Gdzie zrobiłeś progres? Domyślam się, że fizycznie jesteś mocniejszy. Ale czy coś jeszcze widzisz ?
Chyba odporność psychiczna mi wskoczyła na wyższy level. Przez te wszystkie kilometry troszeczkę się uodporniłem i wiem, że muszę sam jechać. Sam sobie z tym radzić, ze wszystkim tymi moimi demonami przez te wiele kilometrów.
Dużo się kłębi myśli w tym czasie. Bo jeszcze jak masz kompana obok siebie, to jeszcze rozmowy są itd., to naprawdę leci czas. Ale jak jedziesz sam trzy, pięć, dziesięć, dwadzieścia godzin. Kurczę, całe życie nieraz przemyślisz pięć razy, a może tak, a może tak. I właśnie dlatego pomaga ta muzyka i troszeczkę to odchamia. Ale tak, to jest większa odporność.
Przy tym pierwszym starcie nie wiedziałem, co to jest tak naprawdę ultra. Jaki to jest ciężki kawałek chleba. Ale przejeżdżając ten, powiedzmy, dwunasty start, (ogólnie w tej całej mojej karierze) to już wiem, że muszę sam jechać, sam sobie poradzić. Uodparniasz siebie.
Muszę również zapytać o techniczną stronę sprzętu, na jakim jeździsz. Czyli rower, osprzęt, i jak zawsze powracający temat jazdy gravelowej, jaką wybierasz szerokość opon ?
Ja obecnie jeżdżę na Treku Madone. Jest to rower szosowy, Endurance, ale spokojnie mieści się w nim opona 40 mm. Jeżdżę na Maxxisach Ramblerach i wkładkach Flat Out. I to zalane mlekiem. Szczerze mówiąc, zero gum, nie wożę żadnego zapasu, nic. Nawet pompki nie wożę, bo nic się naprawdę nie dzieje.
Przez tyle kilometrów i tyle zawodów miałem taki zestaw i nic się nie działo z tym kompletem. Oczywiście, karbonowe koła. Elektryki nie wsadzałem. I pewnie nie wsadzę, bo tu nie sądzę, żeby elektryka się aż tak sprawdzała na takich długich dystansach. Bo jednak lepiej wymienić linkę niż baterię. Elektronika jest jaka jest. Nawigację mam Brytona. Tu postawiałem na żywotność baterii. Wiem, że spokojnie 30 godzin podczas ultra mi wytrzymają, 500 km bez ładowania. Więc też bez powerbanków jeżdżę i innych niepotrzebnych rzeczy.
Oczywiście światło, przód, tył. Z tyłu mam Varię od Garmina. A z przodu mam lampkę Bontragera, taką mocniejszą Lon. I w zapasie Magicshine, on ma 2,5 tysiąca lumenów, więc to naprawdę oświetla drogę niesamowicie. To taki zestaw. No i plus dwa bidony 0,7, bukłak dwulitrowy. To sądzę, że to jest taki must have. No i dwie torebki na ramę. Głównie na jedzenie. Przede wszystkim na żele.
Bo jak jadę ultra to taki jeden żel na godzinę. Plus jeszcze biorę takie cornflakesy, batony. Co pół godzinki jeszcze nimi przegryzam, bo samym żelem człowiek się nie naje.
Jeszcze jak bufet jest, to jeszcze coś tam się złapie z bufetu. Gdzieś tam w sklepie jakąś bułkę czy coś.
Czyli na Ultra n dystansie około 500-600 kilometrów, to ten Twój zestaw plus ewentualnie pitstop i tak jak mówisz na szybko bułka i dalej w drogę ?
Tak, bo sądzę, że na 500 km jak się ścigasz o podium, no to jest jeden pitstop lub dwa, zależy od pogody oczywiście. Jesteś w stanie przejechać na 4 litrach w bukłaku i 4 bidony po 0,7L z tym pitstopem. Jak jest taka temperatura koło 20 to da radę przejechać, naprawdę da się. Jak jest cieplej to trzeba kombinować, żeby to były te dwa pitstopy. I na tym pitstopie jakiś snickers wleci, hotdog czy coś takiego. Najlepiej jak jest Orlen w pobliżu. Ulubione miejsce. Pitstopy to też nie są jakieś długie, 15 minut to jest max, zależy też właśnie od pogody. I też sprawdzam jaki czas mają do mnie straty pozostali zawodnicy. Bo jak mają sporą stratę to też większy ten pitstop robię. To też wszystko zależy ile oni mają do mnie straty itd.
A jakie masz założenia jadąc ultra ? Czy próbujesz uciec od startu, czy wrzucasz sobie pewne tempo i patrzysz co się dzieje, czy jedziesz na kadencję, na pulsometr, na moc ?
Pulsometru nie mam. Do gravela nie wsadzałem pomiaru mocy, bo nie chcę.
Nie wiem czemu, ale nie chcę. Jakoś już przez tyle lat jazdy, po prostu czuję na ile mogę sobie pozwolić.
Zależy w jakiej grupie jestem i kto jest przede mną a kto jest za mną.
Bo wiem, że jak ktoś jedzie mocniejszy za mną to od razu wyrywam mocno dzida i lecimy ile fabryka dała. A później szybko patrzę na mapę i jak wyglądają wszystkie kilometry i jak to czasowo wychodzi, czy on mnie goni, czy nie, ile ma straty.
To tak raz na pół godziny sobie gdzieś tam przepatrzę. To jest cały czas kontrolowane. Bez tego gdzieś tam nie mogę żyć, muszę mieć tą kontrolę.
Albo żona mi po prostu wysyła co pół godziny raport, zdjęcie i jedziemy dalej. Bo jak ktoś mnie dogania to faktycznie wiem kto jest mocniejszy, nie ukrywajmy. Gdzieś tam są osoby, które są nie do objechania w naszych realiach ultra. I wiadomo kto dojdzie, a kto nie dojdzie. No ale i tak uciekam. Trzeba dać z siebie wszystko, a może się uda.
No pewnie. Też tak uważam. Należy dać z siebie wszystko i walczyć do końca.
Co dają Ci lub ewentualnie czego uczą i jak zmieniają starty w ultra? Jak wpływają na Ciebie jako osobę?
Tak poza jakby takim aspektem sportowym to chyba radzenia sobie z czymś zawodowo, czy widzenia pewnych rzeczy inaczej troszeczkę z pewnej perspektywy. Może nie tyle zaliczam co przeżywam tą jazdę na swój sposób. Wracam po zawodach, trenuję i kolejny start. Ja jestem typowym zadaniowcem. Ja mam zadanie do wykonania, robię i nie myślę o tym. Jak żołnierz. Jak ktoś mi powie, że o fajne widoki były, super, ale nie widziałem tego. Bo patrzę po prostu przed siebie, jestem skupiony na przykład na nawigacji i żebym się nie zgubił. Nie rozglądam się.
Ja jestem typowym zadaniowiec i mam do zrobienia dzisiaj 500. Powiedzmy być w top 5 i tak jest plan. I nic mnie więcej nie interesuje.
No wiesz, zimna krew. Nieraz a prawie zawsze się podpalam. A wygram i tak dalej.
No bo jest z tyłu głowy, że przyjeżdżasz na te zawody, no to chciałbyś wygrać. Ale kurczę później widzę, że ten czy tamten przyjechał i też chce wygrać. I wtedy siada ci ta głowa.
Kurczę, no nie będę, nie. Ale w sumie ultra się rządzi swoimi prawami i wszystko się może zdarzyć. I żona też mi zawsze to powtarza -„Pamiętaj to jest 500 kilometrów i wszystko się może zdarzyć.” No i zawsze mi to powtarza.
No i nieraz się udawało coś tam wygrać. W sumie raz chyba nie byłem na podium w tym roku.
Gratulacje.
Też się zdziwiłem.
To skoro tak mówisz. To jak często cię zaskakuje Twoja pozycja na koniec zawodów ?
W sumie za każdym razem miło się zaskakuje, jak jestem na podium. Wiesz, z tyłu głowy, wiem, że gdzieś tam ludzie mówią, że jestem mocny, że dużo trenuję i tak dalej. No ale to nie zawsze jest tak, że dużo trenuję i to będę mocny. To nie jest zawsze jest jakimś wyznacznikiem. To że przejechałem tyle kilometrów treningowych, to nie jest jakiś wyznacznik, to jest po prostu jakieś moje widzimisię, że tyle jeżdżę. Ale za każdym razem się cieszę z każdego miejsca, czy to jest pierwsze, drugie, trzecie. No oczywiście gdzieś tam zawód jest, jak jesteś czwarty, piąty.
Ale kiedy widzę listę startową a później jestem przed samą czołówką, to też naprawdę cieszy. Bo wiadomo, że chłopaki też jeżdżą tych ultra od groma.
Niektórzy nawet co tydzień i ciągle wygrywają. I stanąć za nimi, nawet być czwartym, no to i tak jest naprawdę duże osiągnięcie. Zwłaszcza, że nie ukrywajmy, dopiero wprowadzam się w ten świat ultra.
Nie wiem, ile potrwa ta zajawka na te jazdy, bo to jednak jest duże obciążenie dla organizmu. Więc dawkuję sobie powiedzmy raz w miesiącu, a to i tak sądzę, że to jest dużo. A niektórzy startują co tydzień, więc to w ogóle jest mega obciążenie. Tylko, ja się typowo ścigam i chcę mieć wynik, a nie tylko przejechać. Bo mnie nie kręci przejechanie ultramaratonu. Ja chcę mieć po prostu jakiś wynik w top 10, w top 5 i to jest moje osiągnięcie. Bo nie kręci mnie jazda w stylu romantycznej wyprawy.
Romantycznie to mogę pojechać z kolegami czy z jakąś grupą, ale to z góry wiem, że dzisiaj jest romantycznie. Ale na wyścigu nigdy w życiu nie mógłbym pojechać romantycznie, zawsze jest dzida. I tak sądzę, że tak będzie. Tego się nie wyprowadzi. Naprawdę kurczę, tyle lat spędziłem na szosie i na MTB się ścigałem. To już jest naprawdę jest mocno zakorzeniona we mnie ta rywalizacja.
Czy masz już określone plany startowe na przyszły sezon ?
Mam takie z grubsza. Wszystkich nie pamiętam, bo ostatnio w sumie na moim Instagramie pojawiła wstępna lista. Na pewno chciałbym jakąś watahę przejechać na wiosnę.
Czyli tymi zawodami wystartujesz sezon 2025 ?
Tak, tym na pewno wystartuję, bo fajna jest organizacja i fajnie później ogarniają wracających zawodników. Jest naprawdę taka atmosfera rodzinna, przytulają cię, gratulują. Naprawdę mega się zdziwiłem.
Jak to był mój pierwszy start, to jak chodzi o tą imprezę, to polecam. Fakt, że to trudniejsza trasa, bo to jednak są Góry Świętokrzyskie. Jest wymagająca. Ale nie jest aż tak niebezpieczna, w porównaniu z zawodami typowo w górach.
No w planach mam jeszcze Wisłę 1200, tak już oficjalnie mogę się przyznać. No i jeszcze myślałem o Via Regia z Wilna do Warszawy. Ale nie wiem jeszcze czy na to pojadę, bo tam nie ma trasy ustalonej, tylko sam trasę ustalasz. Masz jeden punkt tylko kontrolny i tyle. Nie wiem czy na tyle jeszcze jestem doświadczony ultrasem, żebym sobie z tym poradził, tak organizacyjnie.
A w międzyczasie pewnie jakiś Mazowiecki Grawel. I chciałem jeszcze pojechać Ultra Race Dolinę Bugu. To tak wstępnie.
To są plany a życie zweryfikuje ilość startów. Zweryfikuję też na ile sobie mogę pozwolić finansowo. Czy moi sponsorzy trochę mi dołożą.
Nie ukrywam, że mam kilku tych sponsorów i dokładają się do moich sukcesów. To bez nich też by mi byłoby mega trudno, żebym jeździł, co miesiąc i startował. To są serwisy, to jest rower, kurcze, to jest ubrania, to jest nawigacja i wiele innych rzeczy.
Nawet wkładki antyprzebiciowe, to są detale, smary, torby. Razem robią sumę.
To jest multum pieniędzy, a już nie mówię o rowerze.
Ale żebyś opłacił takich 10 startów, powiedzmy po 400 złotych, to już masz same 4 tysiące plus serwis. Serwis to w sumie po każdym ultra, no to sądzę, że tysiąc byś wydał w serwisie od razu. Niebotyczne wartości, więc jak ma się jakieś tam wyniki, to gdzieś tam chętnie ci sponsorzy pomogą. To też mnie to nakręca, że mogę to robić i spełniać jakieś swoje marzenia.
Ale kosztem czegoś, nie. Kosztem czegoś.
Więc nie da się tego w 100% połączyć, życia rodzinnego i tej swojej pasji, no bo nie ukrywajmy, że to kosztem czegoś idzie, mimo wszystko.
Bartek zamknąłeś fajnie myślę tą naszą rozmowę. Dziękuje.
Ja również dziękuje.


No responses yet